Błąd czy manipulacja? Jak doszło do najnowszego kryzysu w relacjach Polska-Izrael

Fot: Bartlomiej Miedzybrodzki / Polskapress

Wojciech Szczęsny

Spór między Tel Awiwem a Warszawą, który wybuchł w czwartek tuż po zakończeniu szczytu bliskowschodniego, to w dużej mierze efekt publikacji izraelskich mediów. Publikacje niepotwierdzonych informacji w prasie oraz internecie wystarczyły, by wywołać konflikt dyplomatyczny, który zakończył się odwołaniem szczytu Grupy Wyszehradzkiej w Izraelu.

Najpierw "Jerusalem Post" podał informację o słowach na temat "polskiego narodu kolaborującego z nazistami" w czasie Holokaustu, które miały paść z ust premier Benjamina Netanjahu. Potem "Haaretz" napisał, że premier komentując kontrowersyjną nowelizację ustawy o IPN powiedział, że nikt nie został skazany za twierdzenie, że Polacy współpracowali w Niemcami.

Warto podkreślić, że mowa o największych gazetach. "Haaretz" to najstarszy dziennik w Izraelu, ukazujący się od 1918 roku. Na oficjalnej stronie ambasady Izraela w Polsce jej rzecznik rekomenduje go na pierwszym miejscu wśród mediów oferujących rzetelne informacje.

Lektura wpisów na kontach społecznościowych głównej korespondentki dyplomatycznej gazety budzi pod tym względem poważne wątpliwości. Tuż po przylocie do stolicy Polski Noa Landau, była stypendystka Instytutu Badań Dziennikarstwa im. Reutera na Uniwersytecie Oksfordzkim, wrzuciła do sieci zdjęcie brudnej ławki z opuszczonym placem zabaw w tle i podpisem "Warszawa jest dokładnie taka, jak sobie wyobrażałam". Na komentarz jednego z użytkowników "Zimna, ciemna i z poczuciem winy?" odpowiedziała "Tak".

Już po rozpoczęciu szczytu Noa Landau w równie kontrowersyjny sposób skomentowała oświadczenie amerykańskiej dziennikarki Andrei Mitchell, która tłumaczyła się w internecie ze swojej relacji dla telewizji MSNBC i stwierdzenia, że "powstanie w Getcie Warszawskim wymierzone było w polski i nazistowski reżim". Korespondentka "Haaretz" pytała, czy wyjaśnienia zamieszczone przez Mitchell, to efekt "gróźb ze strony Polaków".

Już po wybuchu skandalu dyplomatycznego w drugim dniu szczytu Landau również dawała wyraz swoim poglądom nt. zagłady Żydów podczas II Wojny Światowej. Po tym, jak strona izraelska zaczęła wyjaśniać władzom polskim, co tak naprawdę miał powiedzieć Netanjahu podczas zamkniętego spotkania z izraelskim dziennikarzami w Muzeum Historii Żydów Polskich, dziennikarka jasno wyraziła swoje zdanie na ten temat. "Widzę, że polskie władze już otrzymują wyjaśnienia z gabinetu premiera, według których Netanjahu nie powiedział, że Polacy kolaborowali z nazistami. On to powiedział. Krótko i ostro. A teraz wszyscy będą kłamać, żeby nie kłócić się z państwem, który wyrzekło się swojego udziału w Holokauście. Hańba!".

Warto podkreślić, że Landau nie była w stanie udowodnić, że takie słowa faktycznie padły. W dniu wylotu premiera Netanjahu z Warszawy pytała go o potwierdzenie lub zdementowanie takiej wypowiedzi. To słynne już wideo z pokładu samolotu, na którym premier Izraela odsyła w tej sprawie do swojego rzecznika. Mimo że szef rządu nie odpowiedział dziennikarce, ta oceniła jego zachowania jednoznacznie. "Netanjahu pokazał prawdziwy talent, pozostawiając sobie dwa wyjścia i unikając jednoznacznej odpowiedzi. To był świetny i nieuchwytny wybieg na zakończenie jego wielkiej wizyty".

Tymczasem "Jerusalem Post" po interwencji izraelskich władz zmienił w cytacie "naród polski" na "Polacy współpracowali z Niemcami". Chodzi o różnice w oskarżaniu całego narodu i poszczególnych jednostek o udział w Holokauście.

Redaktor naczelny "Jerusalem Post" nie poczuwa się do winy za wywołanie kryzysu w stosunkach polsko-izraelskich. Yaakov Katz na Twitterze skomentował post prezydenckiego ministra Krzysztofa Szczerskiego, który pisał o "szkodliwej manipulacji" gazety.

"Czy jako Jerusalem Post wywołaliśmy kryzys dyplomatyczny między Polską a Izraelem? Nie sądzę. Ale jeśli tak, to polska przeszłość podczas Holocaustu jest ważnym zagadnieniem do wyjaśnienia" - twierdzi redaktor naczelny.

Problem z wyjaśnieniem co naprawdę powiedział premier Netanjahu w Warszawie polega na tym, że dziennikarze nie mogli nagrywać jego przebiegu. Jednak portal Times of Israel ujawnił, że rzeczniczka premiera Shir Cohen odtworzyła później dziennikarzom zapis spotkania. Według redakcji portalu, z nagrania jasno wynika, że Netanjahu nie obciążał odpowiedzialnością za współpracę z Niemcami całego narodu polskiego.

"Netanjahu tego nie powiedział". Błąd edytora? Rozmowa Demaskator24

Więcej na temat:

Komentarze

4000/4000

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na demaskator24@polskapress.pl

Masz materiał do sprawdzenia?

Prześlij do nas informacje, które weźmiemy pod lupę

Czytaj także

Polecane dla Ciebie