Ile zarabiają nauczyciele? "Ujawnienie moich zarobków było dla mnie przekroczeniem granicy wstydu" - mówi nauczyciel dyplomowany

Fot. Anna Kaczmarz / Dziennik Polski / Polska Press

Jolanta Tęcza-Ćwierz

Edukacja jest sprawą nas wszystkich, dlatego będę strajkował. Nie upominamy się o kokosy, ale o normalne, godne pensje - mówi Dariusz Martynowicz, nauczyciel języka polskiego w V Liceum Ogólnokształcącym w Krakowie, członek grupy Superbelfrzy RP.

Od ilu lat uczy pan w szkole?

Pracuję w zawodzie 12 lat. Jestem nauczycielem dyplomowanym, co oznacza, że osiągnąłem najwyższy stopień awansu zawodowego. I nic mnie już nie czeka przez kolejnych 30 lat.

Może się pan ubiegać o tytuł profesora oświaty.

Mam takie ambicje. To daje pewien prestiż, jednak nie przekłada się w żaden sposób na wysokość pensji. Samym prestiżem moich dzieci nie wykarmię.

Ile pan zarabia?

2700 zł. Ujawnienie moich zarobków było dla mnie przekroczeniem granicy wstydu. Nie było to łatwe, ale zobaczyłem, że ludzie nie znają prawdy o naszych dochodach. Znajomi i uczniowie z niedowierzaniem patrzyli na tę kwotę. A początkujący nauczyciel zarabia przecież niecałe 2000 „na rękę”. Te 2700 zł obejmuje pensję zasadniczą oraz dodatek stażowy i dodatek za wychowawstwo. Wróciłem z urlopu zdrowotnego, więc nie przysługuje mi na razie dodatek motywacyjny.

Co to jest dodatek motywacyjny?

To pieniądze otrzymane od gminy, której szkoła podlega. Rozdziela je dyrektor. Dodatek motywacyjny zależy np. od uposażenia gminy, wielkości szkoły, jej pozycji i konkretnych osiągnięć nauczycieli. W Krakowie wynosi 200-300 zł. Moja żona uczy w małej wiejskiej szkole, jest świetną matematyczką i ma… 50 zł z tytułu tego dodatku. Takie kwoty na pewno do niczego nie motywują. Są upokarzające.

Co będzie pan robił 8 kwietnia?

Będę strajkował. Są momenty w życiu, kiedy nie można milczeć. I to jest właśnie taki moment. Jestem wychowawcą klasy maturalnej i czuję duże emocje w stosunku do moich uczniów. Jednak będę strajkował, bo uważam, że tego właśnie wymaga ode mnie obecnie etos. To dla mnie trudne, ale jeszcze trudniejsze jest to, w jaki sposób się tym naszym etosem od wielu lat gra.

Rozumiem pana. Jednak jestem mamą ósmoklasistki, która mnie pyta o to, co będzie. I ja nie wiem, co mam jej odpowiedzieć.

Szanuję bardzo emocje rodziców i uczniów, którzy będą zdawać egzaminy. Zauważmy jednak, że jest to pierwszy strajk od 1993 roku. Został poprzedzony wieloma apelami ze strony nauczycieli wzywającymi do tego, by dostrzec problemy edukacji i funkcjonowania polskiej szkoły. A przede wszystkim, by zauważyć ucznia, na którego - mam wrażenie - nikt nie zwraca uwagi. Uczeń jest wrzucony w system, z którego nikt nie jest zadowolony. Nauczyciel realizuje przeładowane podstawy programowe, rodzic siedzi z dzieckiem popołudniami, odrabiając zadania domowe, a uczeń uczy się do późna, bo następnego dnia czekają go kartkówki i sprawdziany. I tak w kółko. Nasz strajk nie jest tylko wołaniem o kasę. Chodzi nam o zmiany w edukacji. 1000+ to dla mnie początek drogi, którą powinniśmy pójść wspólnie: nauczyciele, rodzice, politycy, samorządowcy. Tu chodzi o dużo ważniejszy egzamin. Nas jako społeczeństwa.

Czy strajk to dobre rozwiązanie?

Jest wiele problemów w polskiej edukacji, które wymagają natychmiastowego rozwiązania. To przeładowane podstawy programowe, przedmiotowe traktowanie ucznia, negatywna selekcja do naszego zawodu, brak pozytywnego wizerunku nauczyciela w polskim społeczeństwie. Nasza frustracja jest ponadpolityczna. Wielu moich znajomych głosowało na PiS i będzie protestować. Jesteśmy przekonani, że tu i teraz jest moment, aby zacząć rozmawiać na poważnie o polskiej szkole.

W Luksemburgu czy Finlandii dziekan przychodzi do najlepszego studenta i proponuje mu pracę w szkole. Gdyby u nas wyróżniający się student informatyki otrzymał propozycję pracy w liceum, umarłby ze śmiechu. Znam wielu nauczycieli. Anglistka i matematyk dorabiają do pensji korepetycjami. A wuefista w weekendy pracuje jako instruktor pływania.

Często porównujemy zarobki nauczycieli do pensji kasjerek czy sprzątaczek nie dlatego, że nie szanujemy ich pracy, bo jest wręcz przeciwnie. Chodzi mi tylko o to, abym ja miał godne wynagrodzenie za pracę, którą staram się wykonywać dobrze, solidnie i z pasją. Jeśli nauczyciel zarabia obecnie mniej niż pracownik w supermarkecie, coś jest chyba w tym państwie nie tak. Lubię mój zawód. Lubię młodzież, praca z nią daje mi dużo satysfakcji. Staram się poszerzać horyzonty uczniów, pokazywać im świat, być z nimi, a nie tylko wymagać. Jestem członkiem grupy „Superbelfrzy RP”. To taka grupa eduwariatów, innowatorów edukacji. Wymieniamy się różnymi doświadczeniami i pokazujemy, jak twórczo i kreatywnie pracować. Wspieramy się, gdy jest nam trudno. Chcę uczyć w szkole, ale jak tak dalej pójdzie, to w tym zawodzie zostaną naprawdę najsłabsi. Już dziś się mówi o negatywnej selekcji. Średnia wieku polskiego nauczyciela to 43 lata, co jest sygnałem ostrzegawczym. W badaniach przeprowadzonych niedawno wśród 15-latków na pytanie: czy chcesz zostać nauczycielem, twierdząco odpowiedziało 2 proc. uczniów. To najmniej od 10 lat. Przykre, że zawód nauczyciela nie wiąże się dla młodych ludzi z żadnym prestiżem, z satysfakcją czy wyzwaniem.

To co pana trzyma w szkole?

To są pewne momenty trudne do zdefiniowania. Kiedy np. jestem zmęczony, bo godzinami sprawdzam prace pisemne, a tu przychodzi wiadomość od ucznia, który mi za coś dziękuje albo wspomina lekcje ze mną. Sensem tej pracy jest to, że gdy dziecko się tnie lub ma próby samobójcze, to nauczyciele robią wszystko, by zdało maturę, skończyło szkołę i nie robiło sobie więcej krzywdy. Nierzadko się udaje. To daje wielką radość. Często przychodzą do mnie absolwenci. Mówią, że byłem i jestem ważnym człowiekiem w ich życiu. To jest właśnie magia tego zawodu. Wpływać na czyjeś losy i robić coś drobnego dla świata.

Czy rozmawia pan z uczniami o strajku?

Kiedyś zrobiłem na ten temat lekcję wychowawczą. W pewnym momencie wstała Marysia i powiedziała, że to nie jest normalne, że nauczyciel z 2-3-letnim stażem zarabia 2 tys., a ona, pracując w wakacje w McDonaldzie, zarobiła 2800 zł. Czy to wymaga komentarza?

Wiele osób, zwłaszcza niezwiązanych z edukacją, powtarza funkcjonujące w przestrzeni publicznej slogany o tym, że pracujecie mało, a chcecie dużo zarabiać.

Gdy ktoś się dowiaduje, że jestem nauczycielem, nierzadko słyszę, że jestem nierobem, mam ekstradodatki, przywileje i pracuję 18 godzin tygodniowo. Ludzie nie znają realiów naszej pracy, ale także jej nie szanują. Myślę, że to też trochę nasza wina. Przez długie lata zamykaliśmy nasze historie w pokoju nauczycielskim. Rozmawialiśmy między sobą - w szkole czy z naszymi bliskimi - o różnych problemach, nie tylko dotyczących naszego uposażenia, ale też związanych z edukacją, ze sposobem przeprowadzenia reform. Tymczasem edukacja jest sprawą nas wszystkich. Bez dobrego nauczyciela nie będzie sensownego lekarza, prawnika czy dziennikarza. Nie upominamy się o kokosy. Nie chcemy zarabiać 8 czy 12 tys. zł. Mówimy o kwotach 5 tys. dla nauczyciela dyplomowanego i 3 tys. dla tego, który zaczyna pracę w zawodzie. Czy to naprawdę tak dużo?

Jakie głosy pan słyszy od rodziców?

Różne. W relacjach z rodzicami też trochę zawaliliśmy. Utarło się przekonanie, że rodzice są roszczeniowi. Może widzą, że z ich dzieckiem dzieje się coś złego, że nie jest zaopiekowane w szkole. To zamknięte koło. Bo także nauczyciel nie czuje się zaopiekowany. Już za czasów poprzedniej pani minister zaczęła tworzyć się atmosfera wzajemnej niechęci między nauczycielami a rodzicami. Pogłębiały się nastroje nieufności i pretensji. A przecież chodzi o współpracę. Relacje między nauczycielami i rodzicami wymagają wzajemnego dialogu i bliskości. Rodzice mają coraz większe wymagania, chcieliby, abyśmy podchodzili indywidualnie do uczniów, byli życzliwi, wyrozumiali i sprawiedliwi. Organizowali zajęcia pozaszkolne, wyjeżdżali na wycieczki. Ale my nie jesteśmy w stanie obecnie spełnić tych wszystkich wymagań. Każdy patrzy z własnej perspektywy, a chodzi o to, by się po prostu spotkać. Pani córka jest dla pani dzieckiem, a dla mnie uczennicą. Nazywamy w różny sposób tę samą dziewczynkę, ale przecież nam obojgu chodzi o jej dobro, o lepszą przyszłość dla niej.

Jaka powinna być edukacja na miarę XXI wieku?

Powinna być skierowana na dziecko i nauczanie interdyscyplinarne. Dzisiaj skupiamy się na tym, żeby przygotować dzieci do egzaminów, a nie na tym, żeby były szczęśliwe i się rozwijały. Polska szkoła odbiera radość uczenia. Jesteśmy zafiksowani na efekty. Młody człowiek powinien otrzymać realne wsparcie. Nie tylko o charakterze dydaktycznym. Powinniśmy przygotować ucznia do życia w świecie, który go otacza. Podstawa programowa, która będzie obowiązywała w 4-letnim liceum, mnie przeraża. Bazuje na kanonie lektur, które czytaliśmy w latach 80. XX wieku. Nie ma tam żadnej świeżości. Jest za to ciągły pośpiech i pędzenie bez żadnej refleksji, bez czasu na pauzę, bez miejsca na edukację filmową czy medialną. Ta szkoła będzie uczyła, jak myśleć, a nie będzie uczyła myślenia. Nie wiem, jak sobie z tym poradzę. Naprawdę, nie wiem. Przyzwyczailiśmy się do tego, że jakoś to będzie. Że jakoś ogarniemy przeładowane podstawy programowe, jakoś przygotujemy młodych ludzi do egzaminów, a oni jakoś je napiszą i wszyscy będą mogli odtrąbić edukacyjny sukces.

Dariusz Martynowicz uczy języka polskiego w prestiżowym V Liceum Ogólnokształcącym w Krakowie

Więcej na temat:

Komentarze

4000/4000

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na demaskator24@polskapress.pl

Masz materiał do sprawdzenia?

Prześlij do nas informacje, które weźmiemy pod lupę

Czytaj także

Polecane dla Ciebie