Minister przedsiębiorczości i technologii Jadwiga Emilewicz o elektromobilności i dochodzeniu do gospodarki zeroemisyjnej

Fot. Bartek Syta

Katarzyna Stańko

- Ministerstwo przedsiębiorczości i technologii przygotowuje strategię gospodarki zeroemisyjnej. Koszty transformacji energetycznej Polski poznamy pod koniec września - mówi minister Jadwiga Emilewicz, która nie boi się mówić o odchodzeniu od węgla w polskiej gospodarce.

Jak ocenia Pani nowe władze Unii Europejskiej? Czas na kobiety?

Mocne, kobiece twarze pozwoliły zbudować trudny kompromis w Unii Europejskiej. Kluczem nie była jednak płeć, ale kompetencje. Ursula von der Leyen nie ma i nie będzie miała jednak łatwo. To słaby pod względem uzyskanych głosów mandat. Poza tym trudno mi sobie wyobrazić mężczyznę, który spotkałby się z aż taką krytyką w prasie w kraju pochodzenia, z jaką miała do czynienia nowa przewodnicząca KE. A przecież jej działalność publiczna, zanim została ministrem obrony, była bez zarzutu.

W ministerstwie obrony jednak nie zostawiono na niej suchej nitki.

Kwestia obronności i kondycja armii w żadnym kraju nie należą do łatwych. Dla każdego polityka, który się tymi sprawami zajmuje, to duże wyzwanie.
A doświadczenie życiowe Ursuli von der Leyen oraz jej wieloletnie doświadczenie w administracji dają podstawę sądzić, że będzie miała szerokie spojrzenie na to, czym będzie zajmować się Komisja Europejska. A stoją przed nią olbrzymie wyzwania i zagrożenia. Europa znajduje się dziś bowiem w kryzysie, z którego musi wyjść obronną ręką.

Jakie zagrożenia Pani widzi dla Unii?

Przede wszystkim spowolnienie gospodarcze, kryzys demograficzny i masowe podważanie sensu europejskiej wspólnoty politycznej. Żółte kamizelki, bunt we Włoszech, brexit, ogólnoeuropejski – poza Polską – kryzys zaufania do instytucji – to podstawowe problemy, z jakimi musi zmierzyć się nowa Komisja, Rada czy Parlament Europejski. Przez ostatnie 200 lat Europa miała dominującą pozycję w świecie, była liderem zmian technologicznych i liderem gospodarczym. Wytraciliśmy już to paliwo. Próba powrotu na ścieżkę rozwoju wymaga zmiany polityki europejskiej. Unijne instytucje zbyt dużo czasu poświęcają na definicje swoich kompetencji (Rada Europejska, Komisja, Parlament), a zbyt mało na analizę zagrożeń, które przed nimi stoją. Odbudowa zaufania społecznego i powrót do korzeni integracji są niewątpliwie wyzwaniem na nadchodzące lata.

Na jaką tekę komisarza Polska ma szansę?

Wizyta pani von der Leyen w Polsce to wyraźny znak, że głos Polski był ważny nie tylko w momencie jej wyboru. Bez poparcia obozu Zjednoczonej Prawicy Ursula von der Leyen nie zostałaby szefową KE. To, że potem odwiedziła Warszawę jako drugą stolicę europejską zaraz po Paryżu, to nie tylko dowód wdzięczności, ale również jej wewnętrzna wrażliwość na specyfikę tej części Starego Kontynentu. Jest to wreszcie polityk, który wyznaczył sobie bardzo jasne cele przemysłowe, klimatyczne. Tematy poruszone podczas rozmowy z premierem Morawieckim dowodzą, że Polska może liczyć na ważną gospodarczą tekę w nowej Komisji.

Podobno Ursula von der Leyen wyjechała z pustymi rękami z Polski po spotkaniu z premierem Morawieckim, licząc, że Polska nominuje kobietę na stanowisko komisarza. Von der Leyen zapowiedziała, że połowa ze składu Komisji Europejskiej to będą kobiety. Tymczasem większość państw nominuje jednak mężczyzn. Europa wciąż nie jest gotowa na kobiety u władzy?

W polityce mamy mniej kobiet niż w biznesie, gdzie dużo częściej niż jeszcze dekadę termu zajmują one najwyższe stanowiska zarządcze. Spójrzmy chociażby na nominacje Polek w strukturze Google czy w kilku innych dużych firmach. Nie jestem zwolennikiem suwaków i parytetów. Kobiety na wysokich stanowiskach są czy powinny tam się znajdować ze względu na kompetencje, a nie płeć.

Jak ocenia pani kandydaturę ministra Krzysztofa Szczerskiego zarekomendowanego przez polski rząd na stanowisko komisarza?

To polityk i ekspert zarazem. Znany na korytarzach zarówno Komisji, jak i Parlamentu Europejskiego, z doświadczeniem w sprawach europejskich i potencjałem intelektualnym i naukowym. To dobra kandydatura, która zostanie pozytywnie oceniona w Parlamencie Europejskim. Przed Krzysztofem drugi etap wyboru i przesłuchanie na forum PE, gdzie będzie musiał odpowiedzieć na wiele ściśle merytorycznych pytań. Na pewno zrobi to wyśmienicie. A przed nami wyzwanie, polegające na zbudowaniu wśród europosłów koalicji poparcia dla tej kandydatury.

Jeśli mówimy o gospodarce ta nominacja ma słabe punkty. Nie żal Pani, że premier zdecydował się na Szczerskiego, a nie na Panią?

Powtórzę: to jest mocny polityk. Minister w Kancelarii Prezydenta.

Manfred Weber też był mocnym kandydatem na przewodniczącego Komisji Europejskiej, szefem największej z unijnych ugrupowań: Europejskiej Partii Ludowej, był tzw. Spitzenkandidat, a nie został wybrany. Czy myśli Pani, że z ministrem Szczerskim też tak może być, że przepadnie w trakcie procesu wyboru komisarzy?

Czas pokaże. Na tym polega demokracja, że aż do głosowania wszystko się może wydarzyć. We wrześniu powinniśmy jednak znać już odpowiedź. Idea Spitzenkandidaten przepadła już po raz drugi. Podczas formowania się poprzedniej Komisji Europejskiej też ostatecznie zdecydowała polityka.

Nieoficjalnie Pani kandydatura była popierana przez kilku komisarzy, w tym podobno przez duńską komisarz Vestager ds. konkurencji. Jako kobieta miałaby Pani duże szanse, jeśli parytety płci będą brane pod uwagę.

To miłe, ale to plotki. Ja nie kandydowałam i nie ubiegałam się o stanowisko komisarza. Dyskusje wokół mojej kandydatury były raczej ekspresją oczekiwań wysokich urzędników i dziennikarzy. Traktuję te relacje jako komplement. Notowania Krzysztofa Szczerskiego są bardzo dobre, a moje plany polityczne na najbliższe miesiące związane są z Polską, z Poznaniem.

Czym ważnym będzie się Pani ministerstwo zajmować?

Przygotowujemy się do obliczenia kosztów transformacji energetycznej Polski. Chcemy je wyliczyć, a następnie sprawiedliwie podzielić się nimi. Wstępna analiza powinna być gotowa na koniec września. Chcemy dać narzędzie panu premierowi na posiedzenie Rady Europejskiej, która zbierze się pod koniec roku, aby mógł negocjować i rozmawiać o celach klimatycznych.

Czyli odchodzimy od węgla?

Wiemy, ile kosztuje nas jako członków UE, emisja tony CO2. Polska w ub. roku wyemitowała ponad 327 mln ton. Mamy świadomość, jaka jest polityka klimatyczna UE, bo Polska również się pod nią podpisała. Energetyka węglowa będzie nas kosztować coraz więcej. Kiedy rozmawiam z przedstawicielami środowisk górniczych na Śląsku, to oni też zdają sobie z tego sprawę. Pytanie, które zadają dzisiaj, brzmi: w jakim tempie będziemy dochodzić do celów redukcji emisji CO2 w gospodarce i jaką mamy alternatywną propozycję dla obszarów górniczych.

Pani zdaniem, w jakim tempie?

Dzisiaj nie znam jeszcze odpowiedzi na to pytanie. Moje ministerstwo jest odpowiedzialne za przygotowanie strategii gospodarki zeroemisyjnej. Polska chce utworzenia Funduszu „Sprawiedliwej Transformacji Energetycznej”. Najpierw jednak musimy wiedzieć, ile ta transformacja będzie nas kosztować. W tym celu zamówiliśmy analizy, które pomogą nam w modelach matematycznych obliczyć, ile za taką transformację zapłacimy. To trudne zadanie, bo technologia jest dynamiczna. Dwa lata temu mówiliśmy o stopie zwrotu z fotowoltaiki w ciągu 25-30 lat. W momencie zniesienia ceł na panele, co nastąpiło w sierpniu ubiegłego roku, ten okres skrócił się do 15 lat. A w najbliższych latach jeszcze może przyspieszyć. A my musimy pokazać koszty naszej transformacji energetycznej na lata 2020-2050, również po to aby prowadzić konstruktywny dialog z Komisją Europejską. Premier Morawiecki powiedział przecież na Radzie Europejskiej, że najpierw trzeba oszacować, ile transformacja energetyczna będzie nas kosztować, a nie, że Polska w ogóle jej nie chce.

Mówiąc o innowacyjności i energetyce, na jakim etapie jest Polska w badaniach nad wodorem?

Nie możemy mówić o tworzeniu bezemisyjnej gospodarki, jeśli nie odpowiemy sobie najpierw na pytanie, co będzie naszym napędem w kolejnych latach i dekadach. Musimy przecież czymś zasilać przemysł, a zapotrzebowanie na energię rośnie. Jednocześnie wraz z rozwojem OZE musimy rozwijać system magazynowania energii. W tym obszarze wodór wydaje się najatrakcyjniejszą technologicznie odpowiedzią. Niemcy już intensywnie pracują nad wykorzystaniem wodoru. Ale i w Polsce nie pozostajemy w tyle. Pamiętam pierwszy pokaz rozwiązań pojazdów elektrycznych trzy lata temu – wówczas oglądaliśmy samochód skonstruowany przez zespół z WAT i krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej z ogniwami wodorowymi. Mamy zasoby tego surowca. Lotos produkuje rocznie średnio 100 tys. t wodoru, a jeden autobus zużyłby rocznie ok. 1 t. Wodór jest również produktem ubocznym w Grupie Azoty. Uruchomiliśmy też badawczy program wodorowy w Narodowym Centrum Badań i Rozwoju.
W Polsce jesteśmy świadkami rewolucji prosumenckiej, jeśli chodzi o wykorzystanie fotowoltaiki. Magazyny czystej energii będą coraz bardziej potrzebne i być może wodór byłby tu dobrym rozwiązaniem. Czysta energia – to bowiem ten kierunek, w którym w przyszłości będziemy się dalej rozwijać.

Co dalej z elektromobilnością? Mówi się, że jest to marzenie premiera Morawieckiego, które jest trudne do zrealizowania?

Dobrze opiszmy to marzenie. Pierwszym elementem projektu elektromobilność jest transport publiczny. I tu idzie nam całkiem dobrze. Na ulicach polskich miast mamy już ponad 190 autobusów elektrycznych i 145 trolejbusów z systemem bateryjnym, a w zamówieniach jest 300 kolejnych. Kiedy zaczynaliśmy w 2017 r. autobusy elektryczne jeździły tylko w 5 miastach. Dziś kursują już w 21. Z kolei wygrana Solarisa w przetargu wartym 200 mln euro w Mediolanie na zakup 250 autobusów elektrycznych, też należy uznać za sukces.

Czy jeśli chodzi o samochody elektryczne i budowę infrastruktury, Polska będzie szukała partnerów w Niemczech i we Francji? Takie rozmowy prowadzili Państwo m.in. podczas szczytu bałkańskiego w Polsce z premierem Francji oraz ze strona niemiecką, prawda?

Jednym z naszych celów jest to, aby Polska stała się ważnym ogniwem w łańcuchu dostaw do samochodów elektrycznych. Mamy kilkanaście średniej wielkości firm, które specjalizują się w różnych obszarach – integracji ogniw, recyklingu, odzyskiwaniu pierwiastków ziem rzadkich – niezbędnych do produkcji ogniw. W tym łańcuchu widzimy już pewne przewagi konkurencyjne polskich firm. Warto też zauważyć, że dziś to w Polsce – licząc produkowaną moc – jest największa gigafactory bateryjna na świecie.

Co powinno być polskim hitem eksportowym? Technologią, na którą Polska powinna postawić?

To pytanie, które stawiamy sobie od dawna.

I wciąż nie mamy na nie odpowiedzi.

W gospodarce 38-milionowego państwa trudno wskazać jedną dominującą technologię. Dzisiaj jesteśmy już znani jako centrum usług wspólnych dla przemysłu 4.0. Łatwiej sobie jednak wyobrazić pudełko z kremem czy jogurt niż algorytm. Tymczasem inwestorzy na świecie i przedsiębiorcy globalni świetnie identyfikują polskich informatyków, polskich inżynierów i polskie firmy, które dostarczają usługi jako podwykonawcy, ale o doskonałości technologicznej na najwyższym poziomie.

Czyli IT?

Geniusz dekoderów Enigmy przechodzi na nowe pokolenia. Mamy sieć średniej wielkości firm, które dostarczają specjalistyczne rozwiązania z automatyki czy też sztucznej inteligencji dla globalnych gigantów. Specjalizujemy się również w produkcji gier komputerowych. Słynny „Wiedźmin” stanowi 4 proc. naszego eksportu do USA. Spółka CD Projekt, która jest producentem tej gry, ma większą kapitalizację niż nasze cztery spółki energetycznie łącznie. Mamy też inne tego typu firmy, które posiadają produkty o zasięgu globalnym. Kolejny fenomen to LPP. Firma, która goni duże globalne sieciówki odzieżowe. A H&M dziś przyjeżdża do ich centrum logistyki podpatrywać rozwiązania w sprzedaży wielokanałowej. Nasze firmy mają najlepsze rozwiązania np. w tworzeniu chmur obliczeniowych. A z obszarów bardziej tradycyjnych jesteśmy np. drugim eksporterem mebli w Europie. Do zbudowania mocnej marki polskiej gospodarki brakuje już naprawdę niewiele. Brak nam opowieści, a nie produktów czy usług.

Jak odniosłaby się Pani do tezy dotyczącej funduszy unijnych, którą popiera m.in. prof. Krzysztof Rybiński, twierdząc, że fundusze zabijają innowacyjność polskich firm?

Jest taki wykres prof. Rybińskiego, pokazujący pierwszą pełną perspektywę finansową 2007-2013. Ilustruje on strumień środków unijnych, jaki wpłynął do naszej gospodarki, wskazując równocześnie, że produktywność i inwestycje w firmach nie wzrosły adekwatnie do wysokości środków z funduszy strukturalnych. Jest zatem coś na rzeczy. Dlatego w SOR napisaliśmy, że nas interesuje inwestowanie, a nie wydawanie funduszy strukturalnych. Niewątpliwie są obszary, gdzie bez tych środków Polska modernizowałaby się wolniej. Trudno sobie wyobrazić inwestycje infrastrukturalne bez pieniędzy unijnych, napływających do Polski regularnie od 2004 r. Oczywiście one zmobilizowały lokalny kapitał do aktywniejszego działania. W pierwszej perspektywie środki europejskie pozwoliły przedsiębiorcom zainwestować w parki maszyn, oprogramowanie komputerowe. W obecnej na takie inwestycje nie ma już środków dotacyjnych. Przyznaję, że są jednak obszary, gdzie, jak mówią przedsiębiorcy, środki unijne zepsuły rynek. Najczęściej przywoływanym przykładem jest rynek szkoleń. Liczba firm szkoleniowych, które oferują nikomu niepotrzebne usługi, a które rozwinęły się głównie dzięki funduszom europejskim, jest ogromna. Tymczasem pytanie o innowacyjność to de facto pytanie o liczbę laboratoriów i wydatków na badania i rozwój ponoszonych przez firmy. To wciąż potężne wyzwanie.

Brak kapitału to wciąż problem w Polsce?

Polską gospodarkę tworzą przede wszystkim małe i średnie firmy, a im kapitał wciąż jest bardzo potrzebny. Dlaczego tak wiele projektów przenosi się do Doliny Krzemowej? Bo tam łatwiej go pozyskać. Skutek? Stopa zwrotu z inwestycji technologicznych zamiast do gospodarki europejskiej, trafia gdzie indziej. Ale to jest problem ogólnoeuropejski, a nie tylko polski.

Mówi Pani, jak komisarz …

Nadzorując program „Inteligentny Rozwój” w dużym resorcie, którym wówczas kierował premier Morawiecki, musiałam się z tym problemem stale mierzyć. Do dziś uważam, że liczba wymagań, jakie powinny spełniać polskie firmy, żeby otrzymać dofinansowanie z UE, a jakie stawia przed nimi Komisja Europejska, jest zbyt duża.

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Więcej na temat:

Komentarze

4000/4000

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

06.08.2019 15:12:13

z tego jak rozwinęły się polskie firmy jak CD Projekt czy LPP można być dumnym

02.08.2019 21:00:51

No zapomniala powiedziec polityki państwa niszczenia ludzi .



Nsjpierw kara blokada konta Później wysylany list .



Nagminnie łamane prawo .



W tym kraju mozna sie dorobic garba . Bo urzedas mowi ze twoj problem ze masz taka działalność.

02.08.2019 13:09:48

I z LPP i z CD Projekt możemy być dumni, spółki osiągnęły sukces na arenie międzynarodowej i powinny być za to chwalone.

02.08.2019 10:58:57

dziewczyna przynajmniej jest na ziemi i dobrze wie, ze jako pisisyn nie dostanie w unii zadnej teki'..

02.08.2019 09:27:54

kto to czyta? teka to w majtkach

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na demaskator24@polskapress.pl

Masz materiał do sprawdzenia?

Prześlij do nas informacje, które weźmiemy pod lupę

Czytaj także

Polecane dla Ciebie