Pracować w Polsce, mieszkać w Niemczech. Czy to się już opłaca? Sprawdzamy.

Marcin Olivia Soto / Gazeta Wrocławska

Andrzej Dworak

Jeszcze niedawno wydawało się to niemożliwe - czy warto mieszkać w Niemczech i dojeżdżać do pracy w Polsce? Dziś już wiemy, że tak. Wielu Polaków z przygranicznych regionów z Niemcami choć pracuje w Polsce, to w Niemczech znaleźli lepsze warunki do mieszkania. I tam kupują domy i mieszkania.

Jeszcze kilka-kilkanaście lat temu najczęściej było odwrotnie - na drugą stronę Odry się jeździło, żeby lepiej zarabiać. Teraz okazuje się, że u Niemców opłaca się także mieszkać. Świadczą o tym przykłady zwłaszcza z miejscowości położonych niedaleko granicy polsko-niemieckiej.

Prosty rachunek

Brzmi to może paradoksalnie, ale zjawisko jest od dawna rzeczywistością. Przeciętne wynagrodzenie za pracę w pełnym wymiarze wynosi w Niemczech około 3500 euro, podczas gdy u nas przeciętny porównywalny zarobek to 850 euro. W Berlinie za metr kwadratowy trzypokojowego mieszkania trzeba zapłacić około 3000 euro, w Polsce może też 3000 lecz złotych i to nie w dużych miastach.

Powinno zatem być odwrotnie - trzeba zarabiać u zachodnich sąsiadów i mieszkać oraz wydawać zarobione euro w Polsce. Jednak ta kalkulacja wygląda zupełnie inaczej, jeśli porównamy nieruchomości położone na przykład wśród jezior i lasów, na wsiach i w małych miasteczkach Mecklemburgii-Pomorza Przedniego lub Brandenburgii i naszego województwa zachodniopomorskiego.

U Niemców od 1995 roku na wschodnich krańcach republiki, w mniej rozwiniętych wschodnich landach doszło do wielkiego wyludnienia przede wszystkim terenów wiejskich. Ludność takiej Mecklemburgii-Pomorza Przedniego zmalała o 15 proc. To tak, jakby nagle zniknęli mieszkańcy średniej wielkości miasta. Wiele mieszkań i domów stoi pustych. Zmniejsza się liczba dzieci w szkołach, klasy maleją, ba, kluby piłkarskie - rzecz u Niemców z pogranicza świętości - walczą o przetrwanie. I z tego powodu ceny nieruchomości gwałtownie idą w dół. W efekcie domy po drugiej stronie Odry są tańsze niż w Polsce.

Rodzina Górskich przenosi się do Tantow

„Kiedy zobaczyłam ten dom - mówi do kamery niemieckich reporterów kanału arte Beata Górska, doradca podatkowy ze Szczecina - od razu wiedziałam, że chciałabym w nim mieszkać”. Dziś z mężem i dwojgiem dzieci mieszka w Tantow. Dawna historyczna polska nazwa to Tętowa, ale to czysto niemiecka wieś, z tym, że w gminie Tantow 10 proc. mieszkańców to Polacy. Nie ma tu innych cudzoziemców.

Dom Górskich jest niewielki, do bólu prosty, schludny, niebrzydki, nic niby wielkiego - ogródek, brama wjazdowa, spore podwórko - ale czteroosobowa rodzina mieszka w nim wygodnie, dużo wygodniej niż w Szczecinie. Mąż pani Beaty miał na początku przed żoną drobny sekret - nie powiedział jej, że nieruchomość wymaga dużego remontu, ale ponieważ jest inżynierem budowlanym, wiedział, że da radę ze wszystkim bez problemu. Teraz codziennie dojeżdża przez granicę do pracy koło Szczecina, rzut beretem, żaden kłopot. Dzieci uczą się w miejscowej szkole i będą dwujęzyczne.

Starsza córka chce studiować medycynę i wie, że z pracą nie będzie kłopotów, bo lekarzy tu mało. Jest bardzo konkretna - marzy o medycynie i świetnych zarobkach niemieckich lekarzy.

Niemiecko-polskie Löcknitz

20 kilometrów na zachód od Szczecina leży Löcknitz - polska historyczna nazwa to Łęknica, ale do czasu rozszerzenia o nas Unii Europejskiej miejscowość z Polską, poza bliskością geograficzną, nie miała wiele wspólnego. Teraz na 3 tys. mieszkańców 1/6 to Polacy.

Jednym z tych, którzy wybrali Löcknitz był Przemysław Jackowski. Dla niego też niezmiernie ważnym czynnikiem była cena domu, ale jeszcze ważniejsze okazało się otoczenie. Jackowski chciał mieszkać blisko natury i udało mu się to zrealizować po niemieckiej stronie granicy. Mieszka wśród łąk i lasów, do jego ogrodu podchodzą zające i sarny. Do pracy dojeżdża do Szczecina.

Władze w Löcknitz są zadowolone, że w ich miejscowości i gminie Polacy zaludniają pustostany, domy i mieszkania są remontowane i nie niszczeją. Gmina stara się sprostać wymaganiom, które stają przed nią w związku z zaistnieniem na jej terenie polskiej enklawy. Miejscowi muszą się nauczyć przezwyciężać początkowe problemy językowe w przedszkolach, szkołach, urzędach i sklepach.

W miejscowości działają dwujęzyczne szkoły podstawowe i gimnazjum. Niemiecko-polska społeczność zrasta się stopniowo - ten proces trwa tak na dobre już ponad dekadę - i wszyscy są zadowoleni. Polacy, bo nabyli tanio nieruchomości, i Niemcy, bo wsie już nie pustoszeją. A jeśli chodzi o wspomnianą wyżej piłkę nożną, to był taki przypadek na jednej wsi, że przybysze ze wschodu zasilili liczebność miejscowej drużyny futbolowej i klub nie został wycofany z rozgrywek. Na trybunach stadionu słychać na przemian: „Tor!” i „Gola!”.

Jak sąsiad z sąsiadem

Nie jest naturalnie tak, że współżycie Polaków i Niemców układa się bez problemów. Jackowski z żoną zaraz po przeprowadzce byli zaszokowani, jak niewiele ich niemieccy sąsiedzi wiedzą o nas. Najczęściej znali Polskę jedynie z tańszego tankowania i przygranicznych zakupów. Nie mówiąc już o uprzedzeniach co do słynnych złodziei samochodowych i w ogóle przygranicznej yumie. Jedni i drudzy poznają się powoli i uczą siebie akceptować.

Zdarzają się także incydenty groźniejsze niż tylko złe gadanie. Tamtego lata z okazji rocznicy śmierci zastępcy Hitlera Rudolfa Hessa miejscowi neonaziści po swojemu powitali Polaków i ich gości przy kąpielisku w Löcknitz - na samochodach z polskimi rejestracjami wydrapano swastyki.

Dwie niemieckie partie polityczne, NPD i AfD, obie silne we wschodnich landach, aktywują się przed wyborami i wystawiają hasła mające im zjednać jakiś procent wyborców. Daleko tym akcjom do histerii z początku lat 90., kiedy po zniesieniu wiz dla Polaków neonaziści wykrzykiwali: „Żaden Polak nie wjedzie do Niemiec” i we Frankfurcie nad Odrą, w Guben i Görlitz obrzucali polskie autobusy i samochody kamieniami oraz koktajlami Mołotowa, co doprowadziło do kilku rannych podróżnych, a odbywało się przy aplauzie mieszkańców tych miejscowości. Już nie jest także tak, że - jak zwierzał się student polsko-niemieckiego uniwersytetu Viadrina we Frankfurcie - „w tramwaju boi się mówić po polsku”.

Partia NPD pozwoliła sobie w trakcie komunalnej kampanii wyborczej w 2009 roku na plakat z napisem: „Zatrzymać inwazję Polaków”. Dwa lata później, przed wyborami do Landtagu w Mecklemburgii-Pomorzu Przednim przywódcy NPD obiecywali skończyć z wykorzystywaniem przez pracowników z Polski niemieckiej gospodarki poprzez obniżanie poziomu płac.

Ostatnio metodę tę - choć na innym poziomie - powiela AfD. Jej politycy powtarzają tezę, że Polacy pracujący w Niemczech nie powinni pobierać pieniędzy na dzieci przebywające w Polsce, że są oszustami wykorzystującymi szczodrość niemieckiego państwa.

To już nie jest bezpośrednie nawoływanie do przemocy, ale polityka Polakom nieprzyjazna. Jeśli się do tego doda, że AfD - partia obecna w Bundestagu - kosztem bezpieczeństwa naszego kraju chciałaby zbliżenia z Rosją, że rozumie Putina, który czuje się oszukany rozszerzeniem NATO na wschód, to robi się Polakom nieprzyjemnie. Alexander Gauland, wiceszef partii, jest zwolennikiem Bismarcka, który - gdyby nie było innego wyjścia, a innego nie widział w konfrontacji z Rosją - chciałby poświęcenia Polaków na ołtarzu porozumienia mocarstw, czyli najlepiej ich wytrzebienia.

Tymczasem mieszkańcy Löcknitz mają na szczęście problemy innego rodzaju, codzienne, i puszczają takie bajanie mimo uszu. Chcą, żeby z ich miejscowości wyprowadzono ruch ciężarówek, żeby zatrudnić więcej lekarzy i żeby choć dwa razy w tygodniu kursowały autobusy do Szczecina.

Więcej na temat:

Komentarze

4000/4000

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na demaskator24@polskapress.pl

Masz materiał do sprawdzenia?

Prześlij do nas informacje, które weźmiemy pod lupę

Czytaj także

Polecane dla Ciebie