Wypadki drogowe. 2862 ofiary w zeszłym roku. Dlaczego w Polsce ludzie giną tak często? Raport o stanie (nie)bezpieczeństwa

Wypadek drogowy w Legnicy. 25 czerwca 2017 r.
Wypadek drogowy w Legnicy. 25 czerwca 2017 r. Fot. Piotr Krzyzanowski / Gazeta Wroclawska / Polska Press Grupa

Witold Głowacki

Polska wciąż należy do tych europejskich krajów, w których na drogach jest najbardziej niebezpiecznie. W rankingach za rok 2018 byliśmy pod tym względem na piątym miejscu. Gorzej jest w Bułgarii, Rumunii czy Chorwacji. Lepiej - prawie wszędzie. Dziennikarz "Polska Times" analizuje dramatyczną sytuacje na polskich drogach.

Śmiertelne wypadki na polskich drogach są dla nas codziennością tyleż ponurą, co szarą. W ciągu roku łączna liczba wypadków i kolizji sięga pół miliona, co stawia nasz kraj na szarym końcu europejskich statystyk i zestawień. Każdego dnia na polskich drogach ginie średnio 7-8 osób.

Trudno więc się dziwić, że na większość doniesień o ofiarach na drodze reagujemy może nie wzruszeniem ramion, ale jakąś apatyczną rezygnacją. Wypadek może stać się powodem do poważniejszej rozmowy na temat bezpieczeństwa na drogach dopiero wtedy, gdy jego przebieg jest wyjątkowo drastyczny, a jego okoliczności ponadprzeciętnie bulwersujące.

Wypadek na Bielanach w Warszawie

Coś takiego właśnie stało się w piękną, słoneczną niedzielę na warszawskich Bielanach. Na ulicy Sokratesa kierowca tuningowanego BMW wjechał ze znaczną prędkością prosto w przechodzącą po pasach parę z dzieckiem w wózku. Mężczyzna zdołał uratować swoją rodzinę, odpychając zarówno kobietę, jak i wózek z dzieckiem w kierunku chodnika. Sam zginął - nie udało się go uratować pomimo długotrwałej reanimacji, którą prowadzono kilkadziesiąt metrów za przejściem.

Kierowca, któremu prokuratura postawiła już zarzuty, miał zeznać, że oślepiło go słońce. Według warszawskiego Zarządu Dróg Miejskich, mógł jechać z prędkością do 130 km/h - ile dokładnie, to mogą określić dopiero ekspertyzy policji i biegłych. Błyskawicznie wyszło na jaw, że mieszkańcy Bielan od lat domagali się zainstalowania przy ulicy Sokratesa progów zwalniających oraz sygnalizacji świetlnej i przebudowy przejść dla pieszych.

Pierwsze wymiany pism w tej sprawie miały miejsce 5 lat temu, później brakowało pieniędzy na przebudowę ulicy. Dziś urzędnicy twierdzą, że kosztowałoby to 16 mln zł. Tragedia przy Sokratesa to jednak tylko jeden z wypadków śmiertelnych z tysięcy, do których dochodzi każdego roku na polskich drogach. Przyjrzyjmy się temu, jak giną na drogach piesi i kierowcy - i z jakich powodów najczęściej dochodzi do wypadków.

Masakra na drogach

W 2018 roku na polskich drogach, według oficjalnych danych policji, zginęły 2862 osoby. Na miejscu zginęły w 2018 roku niemal dokładnie 2/3 ofiar - ten odsetek w ostatnich latach jest niemal stały. Pozostałe z nich zmarły w ciągu 30 dni od wypadku. To liczba nieco większa od śmiertelnego bilansu zamachu na World Trade Center - 11 września 2001 roku w obu wieżach WTC zginęły 2602 osoby.

To także ponad 5 razy więcej ofiar śmiertelnych niż zginęło ich w największej katastrofie kolejowej świata - miała ona miejsce 4 czerwca 1989 roku pod Ufą w (wówczas) ZSRR. To wreszcie 50 razy więcej niż wynosi według IPN łączna liczba (i tak uważana przez część historyków za nieco przeszacowaną) ofiar polskiego stanu wojennego.

Więcej liczb? Jeszcze raz: 2862. Mniej więcej tylu mieszkańców ma nadmorska Jastarnia. Taka właśnie liczba pasażerów zapełniłaby do ostatniego miejsca siedzącego 7 składów pendolino PKP Intercity. By zmieścić tylu ludzi, potrzebne by zaś były trzy sale koncertowe warszawskiej Filharmonii Narodowej.

Starczy tych porównań - spróbujmy tylko spojrzeć na to, co kryje się za samą liczbą. Śmierć w wypadku drogowym jest przecież tą nagłą a niespodziewaną - dokładnie tą, o ustrzeżenie przed którą proszą wierni w jednej z bardziej znanych modlitw. Każda taka śmierć oznacza średnio kilka osób dotkniętych ciężką traumą - osieroconych, owdowiałych, osamotnionych z dnia na dzień, dochodzących po tej życiowej katastrofie do względnej równowagi niejednokrotnie przez lata.

„Jak grom z jasnego nieba”, „w jednej sekundzie”, „na miejscu”, „po długotrwałej reanimacji” czy po „walce o życie w szpitalu” - nieważne. To śmierć, na którą nikt nie może być gotowy - nie tylko same ofiary, ale też ich matki, ojcowie, córki, synowie, mężowie, żony, partnerzy i przyjaciele. To śmierć, która rujnuje i pozostawia rany na długie lata.

Ale przecież są jeszcze ranni. Jeszcze - to złe słowo. W zeszłym roku było ich 13 razy więcej niż zabitych. Znów sięgamy po dane policji - rannych w wypadkach drogowych w 2018 roku zostało 37 359 osób.

Prawie pół miliona wypadków i kolizji

A liczba samych wypadków? Było ich w 2018 roku 31 674. Dla ścisłości - wypadkiem jest w policyjnej terminologii każde zdarzenie z udziałem pojazdów, w którym poszkodowani zostali ludzie, z kolei kolizja to takie zdarzenie, w którym straty mają charakter jedynie materialny.

Liczba tych ostatnich po prostu powala. W 2018 roku było ich 436 414 - według danych Komendy Głównej Policji, które, zaznaczmy, obejmują wyłącznie zdarzenia zgłoszone policji lub dostrzeżone przez patrole - nie obejmują zaś tych, w których kierowcy po stwierdzeniu szkód postanowili „się dogadać”, lub po prostu machnęli ręką. Rzecz jasna, również część tych zgłoszonych policji to kolizje zupełnie błahe, takie, w których ucierpiał najwyżej czyjś zderzak.

Z drugiej jednak strony - przy odpowiednio gorszych warunkach i okolicznościach w prawie każdej sytuacji, w której doszło do kolizji, mogłoby też dojść do wypadku - ktoś popełnił przecież błąd na drodze.

Zostawmy jednak kolizje ubezpieczycielom, laweciarzom, mechanikom, blacharzom i lakiernikom. Wróćmy do wypadków.

Przyczyny wypadków

Wśród ich przyczyn nieodmiennie wyróżnia się pięć najczęstszych kategorii błędów tych kierowców, którzy je spowodowali. Są to (Dane liczbowe za 2018 rok wg KGP): nieustąpienie pierwszeństwa przejazdu - 6 073 wypadki; niedostosowanie prędkości do warunków ruchu - 5 223 wypadki; nieustąpienie pierwszeństwa pieszemu na przejściu - 2 336 wypadków; niezachowanie bezpiecznej odległości między pojazdami - 1 578 wypadków; nieprawidłowe wyprzedzanie - 1 247 wypadków.

Pijani kierowcy odpowiadają za prawie co dziesiąty wypadek ze skutkiem śmiertelnym spowodowany przez kierującego pojazdem. Łącznie spowodowali ich 179, w ich wyniku śmierć poniosły łącznie 204 osoby. 19 osób zginęło w 16 wypadkach spowodowanych przez kierowców pod wpływem narkotyków lub dopalaczy.

Wiadomo też mniej więcej, kiedy dochodzi do największej liczby wypadków - zarówno jeśli chodzi o porę roku, jak i porę dnia. W skali roku najgorsze są miesiące jesienne (w szczególności październik) i okres wakacyjny. Przyczyny są dość oczywiste - jesienią dzień się skraca, a warunki atmosferyczne stale się pogarszają. W okresie wakacyjnym znacząco zwiększa się natomiast samo natężenie ruchu na drogach.

To z tego samego powodu do największej liczby wypadków dochodzi w piątki i soboty. Podobnie rzecz ma się z najbardziej wypadkowymi porami dnia - które pokrywają się z porannym i popołudniowym szczytem komunikacyjnym. W nocy do wypadków siłą rzeczy dochodzi znacznie rzadziej, za to znacząco wzrasta ich śmiertelność - na drogach nieoświetlonych w statystycznie co piątym nocnym wypadku ginie człowiek.

Ba, na podstawie policyjnych statystyk możemy precyzyjnie wykazać, jak znacząco zwiększają bezpieczeństwo na drodze zwykłe latarnie. Na drogach nieoświetlonych odsetek wypadków śmiertelnych wynosi 20,8 proc. Natomiast na drogach, przy których ustawiono latarnie, spada on do 14,2 proc.

Piesi nie mają szans

Znaczną część ofiar wypadków stanowią piesi. Siłą rzeczy większość wypadków z ich udziałem kończy się mniej lub bardziej źle. W 2018 roku „najechanie na pieszego” stanowiło drugą pod względem liczby zdarzeń kategorię wypadków (pierwszą co, oczywiste, było „zderzenie pojazdów”) - miało miejsce 7242 takich przypadków. Aż 27,7 proc. z nich kończyło się z ofiarą lub ofiarami śmiertelnymi - to zdecydowanie najwyższy odsetek śmiertelności pod względem rodzaju wypadku. Nie trzeba dodawać, że dotyczy to niemal wyłącznie pieszych.

Jedynie do 2119 wypadków z udziałem pieszych doszło z ich winy - kierowcy są za nie odpowiedzialni o 3,4 raza częściej.

Aż 82,5 procent wszystkich wypadków z udziałem pieszych miało miejsce w miejscach „udostępnionych dla ruchu pieszego”. Najwięcej - bo aż 3738 wypadków, z liczbą zabitych wynoszącą 271 i aż 3609 rannymi - na przejściach dla pieszych. Dodajmy do tego kolejne 1986 (139 ofiar śmiertelnych, 1901 rannych) wypadków z udziałem pieszych na skrzyżowaniach - czyli de facto również na przejściach dla pieszych, a zobaczymy, że mamy z tym ogromny problem.

Dodajmy, że słynne „wtargnięcie na jezdnię” przez pieszego było przyczyną 148 spośród wszystkich 777 wypadków z udziałem pieszych ze skutkami śmiertelnymi. Łącznie jednak 347 spośród nich było spowodowane przez pieszych, pozostałe 430 przez kierowców. Wśród wypadków śmiertelnych spowodowanych przez pieszych relatywnie niemało, bo 65 było tych, do których doszło na skutek nadużycia alkoholu. 30 z nich zaliczało się do kategorii „nieostrożne wejście na jezdnię”, a 20 do kategorii „stanie, leżenie na jezdni”. Odsetek wypadków śmiertelnych spowodowanych przez pijanych pieszych był jednak nieznacznie niższy niż w przypadku pijanych kierowców.

Kierowcy lekceważą pasy

Wysoka liczba wypadków na polskich przejściach dla pieszych stała się tematem badań. Całkiem niedawno Instytut Transportu Samochodowego prowadził badania zachowań kierowców na odcinkach dróg z limitowaną prędkością. Badano miejskie ulice i odcinki dróg w mniejszych miejscowościach z ograniczeniem prędkości do 50 km/h. Badano też pozamiejskie szosy - ale tylko na odcinkach, gdzie obowiązywało ograniczenie prędkości do 70 km/h.

Badanie - które zamówiło, a następnie opublikowało jego wyniki ministerstwo infrastruktury - przynosi naprawdę ponure wnioski. W obszarze zabudowanym dopuszczalna prędkość 50 km/h przy zbliżaniu się do przejścia dla pieszych przekraczana była przez około 9 na 10 kierowców. Na odcinkach pozamiejskich prędkość przekraczało ok. 85 proc. kierowców - znów mówimy o warunkach zbliżania się do oznakowanego przejścia dla pieszych. W obu przypadkach mówimy o prędkości auta mierzonej 100 metrów przed pasami.

Mierzono też prędkość aut w odległości 10 metrów przed pasami. W obszarze zabudowanym z prędkością wyższą niż dopuszczalna jechało nadal ok. 40 proc. kierowców. Poza miastem na 10 metrów przed pasami wciąż przekraczało prędkość aż 68 proc. kierowców. Jasne jest zatem, że spora część wypadków na przejściach dla pieszych ma głębsze przyczyny w tzw. kulturze jazdy.

Jest więc źle, choć było gorzej. Od roku 2000 liczba zabitych w wypadkach drogowych systematycznie spadała. O ile jeszcze w roku 2000 liczba ofiar śmiertelnych przekraczała 6 tysięcy, o tyle w roku 2015 spadła poniżej 3 tys. Problem polega na tym, że od tego momentu wykres zaczyna się wypłaszczać, wypadków śmiertelnych raz mamy trochę więcej, raz trochę mniej, ale ich liczba oscyluje na poziomie mniej więcej tegorocznej.

Polska przoduje w niechlubnych rankingach

Według danych Eurostatu, Polska wciąż należy do tych krajów Europy, w których na drogach jest zdecydowanie najbardziej niebezpiecznie - ściśle mówiąc mamy piąte „miejsce” w tym złowrogim rankingu. Wskaźnik ofiar śmiertelnych wypadków drogowych na milion mieszkańców wyniósł u nas w 2018 roku 34 - przy unijnej średniej wynoszącej 23. Owszem, w Bułgarii było najgorzej - tam w wypadkach zginęły aż 64 osoby na milion mieszkańców. Ale w Holandii (zaszczytne, ostatnie miejsce w rankingu) zginęło w wypadkach jedynie 11 osób na milion.

Źle jest także z Polską, jeśli chodzi o liczbę ofiar wśród pieszych - tu także mamy alarmujące piąte miejsce. Podczas gdy w najbezpieczniejszej pod tym względem Danii zginęło ich jedynie 3 na milion mieszkańców, w Polsce ten wskaźnik wyniósł 23. Najgorzej było w Rumunii - tam w wypadkach drogowych zginęło 37 pieszych na milion mieszkańców.

Według podobnych wskaźników mierzy się też odsetek wypadków - nie tylko śmiertelnych - w kraju.

Zdecydowanie najgorzej wygląda sytuacja w województwie łódzkim. Wskaźnik liczby wypadków na 100 tysięcy mieszkańców wyniósł tam aż 152,1 - dla porównania na obszarze działania Komendy Stołecznej Policji, czyli w zatłoczonej setkami tysięcy aut Warszawie doszło do 61 wypadków na 100 tysięcy mieszkańców.

Gdyby Polska miała być tym najbezpieczniejszym pod względem sytuacji na drogach krajem Europy, musiałoby w wypadkach ginąć rocznie nie więcej niż 400 osób. Na razie jesteśmy zdecydowanie bliżej 10-krotności tej liczby.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Więcej na temat:

Komentarze

4000/4000

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na demaskator24@polskapress.pl

Masz materiał do sprawdzenia?

Prześlij do nas informacje, które weźmiemy pod lupę

Czytaj także

Polecane dla Ciebie