"Zalewają nas fake newsy i dusi poprawność polityczna." Amerykańska pisarka o manipulacjach medialnych

©Laurens Arenas/Muza

Katarzyna Stańko

- Nikomu nie chce się czytać źródeł. Zalewają nas fake newsy i dusi poprawność polityczna. Wolność słowa, język, demokracja nie są nam dane na zawsze, choć tak myślimy - mówi w wywiadzie dla Demaskator24 Christina Dalcher, neurolingwistka, pisarka, autorka powieści „Vox”, przez magazyn „Time” określonej powieścią epoki #MeToo.

Demaskator24: W swojej najnowszej powieści "Vox" pisze pani o kobietach, które nie mogą wypowiadać więcej niż 100 słów dziennie. To jak nowy system totalitarny. Język staje się podstawowym narzędziem zniewolenia kobiety. Skąd ten pomysł?

Christina Dalcher: Pisarz czerpie swoje historie ze wszystkich stron. Używam różnych aspektów lingwistyki. Mam doktorat, specjalizuję się w fonetyce i fonologii. Analizuje dźwięki. Specjalizuję się w gatunku flash fiction (krótkie opowiadania - red.). Kobiety w mojej książce skazane są na afazję, to tak naprawdę oznacza koniec ludzkości i humanizmu. Moja książka jest połączeniem science fiction, horroru, magicznego realizmu.

Główna bohaterka jest niezwykła.

Jest kobietą, lingwistką, która walczy z systemem.

Pani alter ego?

Częściowo tak. W USA wiele kobiet organizowało demonstracje przeciwko przemocy czy dyskryminacji. Jeszcze zanim pojawiła się akcja #metoo. Napisałam tę książkę przed #metoo. Jako dziewczyna myślałam, że nasz świat, demokracja, nasze społeczeństwo to wszystko jest nam dane na zawsze. A tak nie jest. To nie jest ani oczywiste, ani niezmienne. Musimy dbać, aby nasz świat się nie zmienił.

W jaki sposób?

Musimy zabierać głos. Bronić naszych wartości, głosować w wyborach, a nie unikać głosowania, a tym samym odpowiedzialności. Głosowanie to pierwszy krok.

Ludzie są zbyt pasywni pani zdaniem?

W USA w wyborach prezydenckich mamy frekwencję na poziomie 60-65 proc. To bardzo mało. W Europie jest podobnie. Dlaczego jedna na trzy osoby uważa, że głosowanie nie ma sensu, że jej głos się nie liczy, że nie ma sensu zabierać głosu i być częścią demokratycznego społeczeństwa. Ludzie sami wbijają się w jakąś lingwistyczną afazję i obojętność.

Gdzie widzi pani przyczyny tego kryzysu?

Jest ich wiele. Ludzie myślą, że ich głos nie ma znaczenie. Czasem szwankuje system wyborczy. W USA wybory mamy podzielone na stany, a tam na głosy elektorskie. Mamy w zasadzie system dwupartyjny. Jeśli nie popierasz demokratów lub republikanów nie masz na kogo głosować. Zatem nie masz możliwości wypowiedzenia się. W USA, gdzie nie mieliśmy systemów totalitarnych, żelaznej kurtyny, mamy jednak teraz kryzys demokracji.

Nie mieliście cenzury, tak, jak my. Dla nas język był już elementem zniewolenia.

W USA mieliśmy kryzysy, jak ten z 1929/30. Zawsze jednak mogliśmy żyć w naszym kraju w wolności. Teraz każdy myśli, że demokracja jest dana na zawsze, że II wojna światowa się nie powtórzy, że mamy to wszystko za sobą i nie musimy się o nic starać. To nieprawda. Traktujemy wolność jako coś oczywistego. Język i swobodę wypowiedzi również jest dla nas czymś oczywistym. A tak nie jest.

Widzi pani zagrożenie powrotu totalitaryzmów?

Wolność jest delikatna. Każda epoka, także ta, w której żyjemy obecnie, może być krytyczna. Europa Wschodnia, Kuba, Iran, Francja, Niemcy. Wszędzie są napięcia.

Obawia się pani przyszłości?

Tak. Mój kraj jest podzielony jak nigdy dotąd. Werbalnie. Ludzie nie rozmawiają ze sobą. Język, którym się posługują jest językiem plemiennym. Boję się. Musimy głosować, protestować, być gotowi, żeby zabierać głos. Potrzebujemy jednak sporej dawki odpowiedzialności.

Niektórzy oskarżają media o brak odpowiedzialności, o kreowanie podziałów i fake newsów.

To zależy. Nie chcę generalizować. Są bardzo dobre media, gazety, odpowiedzialni blogerzy, tygodniki. Są media sensacyjne, które przecież zawsze istniały i takie. Są media lewicowe i prawicowe, które w różny sposób opisują rzeczywistość. Problemem jest jednak manipulacja danymi po to, aby pasowały do filozofii danego medium czy osoby, która dokonuje takiej manipulacji. Psucie danych. To jest niebezpieczne. To mogą być dane, opinia, wyrok sądu. Opisy tych surowych materiałów źródłowych są często zmanipulowane. Tak powstają fake news. Na bazie istniejących danych lub dokumentów. To manipulacja, która zawiera w sobie ziarno prawdy, a przez to jest trudna do zdemaskowania. Czasem zajmuje to miesiące i jest żmudne, a tym samym nieatrakcyjne dla mediów goniących za newsem. Materiałów źródłowych jest mnóstwo, tyle że nikt ich nie czyta, bo nie ma na to czasu.

Tu pojawia się miejsce dla fact-checkerów. Osób, które weryfikuję fake newsy i wracają do źródeł informacji.

Właśnie. Złe newsy rozprzestrzeniają się szybko. A sprostowań nikt nie czyta. To, co poszło w świat jako fake news czy manipulacja dostaje się do świadomości społecznej. Prawdzie zdecydowanie trudniej się przebić. W mojej książce "Vox" nikt nikogo nie chce słuchać. Jeśli ktoś zamieści tweeta, który komuś się nie podoba, następuje atak. I nic więcej. Ludzie nie potrafią rozmawiać i dyskutować na argumenty.

Może zatem mówimy za dużo, może pani pomysł, aby wymusić limit przypadających na nas słów jest dobrym pomysłem?

Absolutnie nie. Nie mówimy zbyt dużo. Rozmowa jest dobrem. George Orwell w roku 1984 r. pokazał do czego prowadzi zniewolenie, również na poziomie werbalnym. Dla mnie wolność to także mówienie tego, czego inni nie chcą słuchać, czego nie lubią. To jest fundamentalne. Lepiej usłyszeć: ”nie lubię Cię, bo jesteś z Polski”. Wtedy wiem, co myślisz, mogę się bronić.

Jest pani przeciwna poprawności politycznej?

Tak. Ona prowadzi do zakłamania. Do grzebania prawdy, napięć. Lepiej wyjaśniać coś od razu niż prowadzić do nagromadzenia napięć społecznych, które są m.in skutkiem poprawności politycznej. Dla mnie albo mamy wolność wypowiedzi i to totalną, albo jej nie mamy. Nie ma czegoś pośredniego. Jedynym wyjątkiem jest kłamstwo. Tutaj jestem za wprowadzeniem kagańca. Wolność wypowiedzi, wolność na poziomie języka jest wartością fundamentalną.

To bardzo zachodni sposób myślenia. Nie wydaje się pani, że jesteśmy obecnie w mniejszości? Chiny, Azja, kraje arabskie. Wolność wypowiedzi nie jest tam postrzegana jako wartość.

Tak. Obawia się pani tego?

Tak.

Ja też. Tymczasem w miejscach na świecie, gdzie wolność słowa była tradycją, przestajemy o nią dbać. Jest nam wszystko jedno. Plemienne podziały także na poziomie lingwistycznym przesłaniają nam zdrowy rozsądek. Ogranicza się wolność wypowiedzi. Narzucając ograniczenia na język, tak naprawdę ogranicza się różnorodność i dobro świata.

W pani książce to kobietom narzuca się kaganiec językowy. Dlaczego akurat im?

Chciałam napisać thriller językowy o braku możliwości wypowiadania się. Kobieta jako bohaterka, która zmaga się z tym ograniczeniem, w dodatku lingwistka, jest interesująca.

Czy kobiety są bardzie wyczulone na te lingwistyczne ograniczenia? Niektórzy mówią, że nasze mózgi funkcjonują inaczej, że potrafimy się komunikować lepiej niż mężczyźni. Podobno mówimy więcej niż mężczyźni.

To fake news. Wypowiadamy na dobę średnio około 16 tys. Kobiety i mężczyźni. Tylko percepcja kobiety i mężczyzny jest tylko inna. Faktem jest, że nieco inaczej przechodziliśmy ewolucję. Kobiety odgrywały bardziej opiekuńczą rolę. Mężczyźni walczyli, zabijali zwierzęta i przynosili je do domów. Różnimy się, ale to właśnie jest fantastyczne. Jestem uwrażliwiona na znaczenie wolności słowa nie dlatego, że jestem kobietą, ale liberałem w znaczeniu klasycznym. Wierzę w wolny rynek, ograniczone prerogatywy rządu. W wolność indywidualną i ograniczoną kontrolę rządu do minimum.

Jest pani feministką?

A jak zdefiniować feminizm?

Moja definicja jest prosta. Kobiety wciąż natrafiają na szklany sufit, mniej zarabiają, są podwójnie obciążone, jeśli próbują, często w jakiś karkołomny, ekwilibrystyczny sposób, łączyć pracę z posiadaniem rodziny. Od kobiet więcej się oczekuje na tym polu i na innych. Kobiety muszą być idealne, piękne, uśmiechnięte i spełniać się zarówno w pracy, jak i w domu. Feminizm to sprzeciw wobec tych oczekiwań.

Kobiety są w stanie osiągać niewiarygodne rzeczy, bo są niezwykłe. Znam kobiety - wydawców, menadżerki, uczonych, pisarki, aktorów. Angela Merkel jest jedną z najpotężniejszych kobiet świata. Niemcy to duży kraj. Wcześniej nielubiana Margaret Thatcher czy w końcu Indira Ghandi. Obecnie kobiety mają o wiele więcej praw i środków niż dawniej, chociażby antykoncepcję. Wszystko zależy od perspektywy. Czy jestem feministką? Jeśli feminizm to wymaganie równości i równego traktowania, szacunku wobec siebie nawzajem, to tak, absolutnie jestem feministką. Nie znaczy to, że mam być absolutnie taka sama, jak mężczyzna. Nie chce tego, uwielbiam się różnić, inaczej wyglądać. Nie muszę być tak samo silna fizycznie. Nie musimy być tacy sami, aby być równi.

Krytycy określają pani książkę jako feministyczną. Jest o przemocy wobec kobiet. Kobiety karane są impulsami elektrycznymi za wypowiedzenie więcej niż 100 słów dziennie. Ich miejsce jest w kuchni, w domu.

Feminizm ma wiele oblicz. Kobiety powinny zdać sobie z tego sprawę. O: jesteś białą feministką, feministką interdyscyplinarną czy marksistowską. Kobiety powinny przestać ze sobą walczyć i zjednoczyć się. Siła w jedności.

Przesłanie pani książki?

Nie bierzmy wszystkiego za oczywistość daną raz na zawsze. Także języka i wolność słowa, a może przede wszystkim właśnie tego. Inaczej stracimy głos, tak jak stało się to w książce „ Vox”.

Więcej na temat:

Komentarze

4000/4000

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na demaskator24@polskapress.pl

Masz materiał do sprawdzenia?

Prześlij do nas informacje, które weźmiemy pod lupę

Czytaj także

Polecane dla Ciebie